Forum www.ff1d.fora.pl Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

[M] [K+] "I'll do anything for ya"

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.ff1d.fora.pl Strona Główna -> Brudnopis / Proza
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
malgosia_0797




Dołączył: 13 Mar 2013
Posty: 13
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/4
Skąd: Sierpc

PostWysłany: Czw 21:53, 14 Mar 2013    Temat postu: [M] [K+] "I'll do anything for ya"

I'll do anything for ya

~* Louis *~
Przyjaciele są ważni w naszym życiu. Mógłbym nawet śmiało stwierdzić, że najważniejsi. Nie pieniądze, miłość, praca, hobby tylko właśnie przyjaciele. Pomagają, kiedy tego potrzebujemy i słuchają, kiedy musimy się wygadać. Każdy człowiek powinien mieć choć jedną, zaufaną osobę.
Ja miałem aż czwórkę takich ludzi, dopóki u Harry'ego nie wykryto raka płuc. Byliśmy "One Direction" - niezwyciężalni i niepokonani. Ale jedna choroba zaprzepaściła nasze szanse na dalszą karierę.
Cały nasz zespół umarł śmiercią naturalną. Liam i Zayn założyli własne rodziny, a Niall przeprowadził się do Irlandii, gdzie zaczął solową karierę.. Odwiedzaliśmy się kilka razy na rok, jednak nie było już tej szczególnej więzi, która została zerwana dwa lata temu.
Akurat dzisiaj mija rocznica rozwiązania grupy. Ciekaw jestem, czy ktokolwiek pojawi się u nas. Od pewnego czasu nie rozmawialiśmy, jednak miałem nadzieję, że będą pamiętać.
Wstałem z niewygodnego fotela i zmieniłem wodę w wazonie z kwiatami. Dzisiaj powinienem jechać po nowe, jednak nie chciałem opuszczać Hazzy. Z godziny na godzinę był coraz słabszy i coraz mniej mówił.
Spojrzałem na chłopaka, który leżał na łóżku z przymkniętymi oczyma. Był strasznie chudy, choć nigdy nie należał do osób pulchnych. Czoło przysłaniały mu brązowe loki, rozrzucone po całej poduszce. Był idealny i to w każdym calu. Jego głos, którego teraz tak rzadko używał, wcześniej powodował u mnie ciarki na plecach podczas jego solówek. Włosy, które kochały miliony dziewczyn na całym świecie, były teraz nieułożone i nie miały tej swojej objętości. Twarz, z której kiedyś nie schodził uśmiech, przy którym pojawiały się urocze dołeczki, teraz była szara i zmęczona. Choroba go wykańczała. Nie miał już sił, by walczyć z przeznaczeniem. Chorym przeznaczeniem. Powoli otworzył powieki i spojrzał na mnie swoimi zielonymi tęczówkami.
Z powrotem usiadłem i chwyciłem jego chudą dłoń. Była krucha jak porcelana, tak samo jak i reszta jego ciała. Zacząłem zataczać kciukiem małe kółeczka na wewnętrznej stronie jego ręki.
Prawą dłonią zdjął zieloną maseczkę, która pomagała mu w oddychaniu i ledwie słyszalnie powiedział:
- Lou, czy oni...
- Jeszcze nie. Ale zjawią się, zobaczysz. – Przerwałem mu i nałożyłem z powrotem maskę. - Odpoczywaj, Harry. Zaraz wrócę, dobrze?
Kiwnął delikatnie głową i posłał prawie niewidoczny uśmiech. Był zmęczony i miałem nadzieję, że niedługo uśnie. Pogłaskałem go po policzku i złożyłem na jego czole delikatny pocałunek.
Wyszedłem na biały korytarz i osunąłem się po ścianie. Zacząłem płakać jak małe dziecko, kiedy poczułem, jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Odwróciłem głowę w stronę pielęgniarki, która kucnęła obok mnie.
- Panie Tomlinson, wszystko w porządku? - spytała się delikatnie.
- Tak Olivio. Dziękuję – Spróbowałem się uśmiechnąć, ale wyszedł mi z tego tylko grymas. - Nie, nic nie jest w porządku. Okłamuje się sam siebie, dając mu fałszywe nadzieje, że wszystko się jakoś ułoży.
- To normalnie, panie Tomlinson.
- Nie Oli, to nie jest normalne. On ma tylko dwadzieścia trzy lata, a za kilka tygodni, a może nawet dni umrze. Nigdy w życiu nie wypalił ani jednego papierosa, prowadził zdrowy tryb życia, biegał, był po prostu... normalny. A teraz umiera. Po prostu wizja tego, że on odejdzie przeraża mnie najbardziej. Chciałbym mu jakoś ulżyć, pomóc, ale najzwyczajniej w świecie nie potrafię.
- Panie...
- Louis. Mów mi Louis. Znamy się już dwa lata, a ty nadal mówisz do mnie po nazwisku.
- Dobrze Louis. Wiem, że to jest niesprawiedliwe, ale takie już jest życie. Nieprzewidywalne. Trzeba się z tym pogodzić i zaakceptować. A jeśli chcesz pomóc swojemu przyjacielowi to po prostu przy nim bądź. Myślę, że to teraz dla niego najważniejsze. Nie muzyka, nie pieniądze, ale właśnie najlepszy przyjaciel.
- Dziękuję Olivio. Wejdziesz do niego na chwilę? Muszę zadzwonić, a nie chcę, żeby był sam.
- Jasne. Zresztą i tak miałam do niego zajrzeć, bo muszę zmienić kroplówkę. – Uśmiechnęła się blado.
- Dzięki – Uścisnąłem jej rękę i wstaliśmy.
Każde z nas rozeszło się w swoją stronę, a ja poszedłem do bufetu, który znajdował się na parterze ogromnego budynku.
Zamówiłem dwie kawy, które wypiłem na miejscu, w międzyczasie próbując dodzwonić się do któregoś z pozostałych chłopaków. Pewnie nawet nie pamiętali o obietnicy, którą złożyliśmy równe dwa lata temu, że w każdą rocznicę rozpadu grupy będziemy się spotykać oraz o tym, że ich kumpel jest śmiertelnie chory.
W kwiaciarni kupiłem ogromny bukiet róż i z powrotem wróciłem na oddział. W sali Harry'ego nadal była pielęgniarka, która kręciła się przy tych wszystkich maszynach, do których był podłączony.
Podziękowałem jej cicho, widząc, że wyczerpany chorobą Hazza zasnął. Jak najciszej wymieniłem kwiaty i usiadłem na siwej sofie. Kolana podciągnąłem pod brodę i objąłem je rękoma. Minuty przemijały, a ja z każdą stawałem się coraz bardziej nerwowy i smutny zarazem.
Olali nas. Wszyscy. Nawet Niall, który pomimo napiętego grafiku zaglądał do nas najczęściej.
Poczułem, jak telefon Harry'ego wibruje. Odebrałem nawet nie patrząc nawet, kto dzwoni.
Po drugiej stronie usłyszałem głos agenta, który oferował Hazzie atrakcyjne ubezpieczenia na życie. Kiedy skończył swój monolog, stwierdziłem z jadem:
- Przykro mi, ale spóźniliście się jakieś dwa lata. Do widzenia.
Telefon wyłączyłem całkowicie, kładąc go w rogu parapetu. Obtuliłem się kocem i zacząłem bezsilnie płakać. W pewnej chwili przez korytarz przeszła postać, która łudząco przypominała Nialla. W sercu zakiełkowała malutka nadzieja, że może jednak przyjechali.
- Debil – mruknąłem sam do siebie.
Wstałem z kanapy i przesiadłem się do fotela. Powinienem jechać do naszego domu i przywieźć mu kilka rzeczy, jednak nie chciałem zostawiać go samego.
Po usłyszeniu diagnozy zamieszkaliśmy razem. Bałem się o niego, a on nie chciał być sam, więc wspólny dom był najlepszym wyjściem. Kupiliśmy uroczą działkę na obrzeżach Londynu, gdzie Loczek miał wyzdrowieć. Takie były plany, które wkrótce legły w gruzach.
Chwyciłem jego dłoń i splotłem razem nasze palce. Lubiliśmy tak robić, choć nie łączyło nas nic poza wyjątkową przyjaźnią, która przez chorobę jeszcze się zacieśniła.
Oparłem głowę o materac łóżka, na którym leżał i zamknąłem oczy. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
~ * ~
- Louis, Louis! Ktoś chce z tobą rozmawiać – Głos Lucy był stanowczy, kiedy wypowiadała poszczególne wyrazy wprost do mojego ucha.
Podniosłem się do pionu i potarmosiłem włosy. Spojrzałem w stronę, gdzie spoczął wzrok młodej pielęgniarki i ujrzałem trójkę chłopaków stojących po drugiej stronie korytarza. Jeden z nich, niski blondyn był wyraźnie podekscytowany wizją spotkania z dawnymi członkami zespołu. Pozostała dwójka – Zayn i Liam – stali oparci o ścianę i wpatrywali się w nas przez szklane okno wychodzące wprost na korytarz.
- Chcieli tutaj wejść od razu, jednak powiedziałam, że muszę to uzgodnić z tobą.
- Dzięki. A jak z nim? - Podbródkiem wskazałam na śpiącego nadal przyjaciela.
- Trochę lepiej. Saturacja wzrosła, a serce przyjęło naturalny rytm.
- To dobrze, prawda? - spytałem z nadzieją w głosie. Przytaknęła uśmiechnięta, dodając mi jednocześnie tym gestem odwagi na dalsze minuty. - Jak długo czekają?
- Blondyn jest tutaj już jakąś godzinę, a pozostała dwójka przyszła kilka minut temu.
- Mam do ciebie prośbę. Mogłabyś ich jeszcze poinformować, że będą się mogli zobaczyć z Harrym za jakieś dziesięć minut?
- Jasne.
Wyszła, zamykając za sobą białe drzwi. Napiłem się wody, która stała na szafce nocnej i sięgnąłem za sofę, ręką poszukując materiałowej torby. Wymacałem ją i wyciągnąłem na wierzch. Wyjąłem czyste ubrania i poszedłem do łazienki przebrać się, by wyglądać chociaż w kilku procentach jak normalny człowiek.
Po kilku minutach wyszedłem z pokoju, który pośpiesznie sprzątnąłem. Stanąłem naprzeciwko chłopaków, patrząc im prosto w oczy.
- Hej. Co u was? - spytałem się pierwszy.
- Hej Louis. Lepiej mów, co u ciebie. Jak się trzymasz? - Niall podszedł do mnie i przytulił mocno. Delikatnie odwzajemniłem uścisk. To samo zrobili Liam i Zayn.
- Jakoś leci. Prawie mieszkam w szpitalu. – Uśmiechnąłem się niemrawo.
- Jest aż tak źle? - odezwał się zszokowany Zayn.
- Nawet jeszcze gorzej. - Spochmurniałem, odwracając wzrok.
- Ile czasu mu zostało? - Głos Liama łamał się na każdym wyrazie.
- Tydzień, może dwa. Jego organizm się poddał.
- Przykro nam – powiedział za wszystkich Nialler. - Czy moglibyśmy do niego wejść?
- Jasne. Tylko nie zdziwcie się, jeśli nie będzie się odzywał. Po prostu nie ma na to sił.
- Rozumiemy.
Otworzyłem drzwi i zaprosiłem ich do środka. Weszli powoli, opanowani jak zawsze. Wygląd Harry'ego wyraźnie ich zaskoczył, bo ustali naokoło łóżka i nic nie mówili.
Podszedłem do Hazzy i odgarnąłem mu włosy z czoła. Gdy spał, wyglądał jak wychudzony aniołek. Wszystkie zmartwienia znikały z jego twarzy, a na usta wstępował nikły uśmiech.
- Kochanie, masz gości – szepnąłem mu do ucha, po czym pocałowałem go lekko w czoło. Otworzył oczy i rozejrzał się po pokoju. Na widok starych przyjaciół uśmiechnął się pięknie, na co moje serce na chwilę zamarło.
Odsunął maseczkę na bok i chciał się odezwać, ale nie potrafił. Głos uwiązł mu w gardle, a z oczu popłynęły łzy.
- Spokojnie Harry. Jesteśmy tutaj i nigdzie się nie wybieramy – Głos zabrał Liam.
- Hej – wydusił w końcu z siebie, wyraźnie zadowolony jak i zmęczony zarazem.
- Jak się czujesz? - spytał się Zayn, siadając na brzegu łóżka i chwytając jego prawą dłoń.
- Nie za dobrze – wychrypiał i zaczął ciężko oddychać.
Założyłem mu maskę tlenową na twarz i nakazałem głęboko zaczerpnąć powietrza. Chłopacy spojrzeli się na mnie dziwnie, jakby byli zaskoczeni moim opanowaniem i stoickim spokojem.
- Harry, przepraszamy, że tak późno przyjechaliśmy. Gdybyśmy tylko wiedzieli, że twój stan jest aż tak poważny to zrobilibyśmy to o wiele prędzej. - Niall był skruszony i załamany jednocześnie. Zrobiło mi się go szkoda, ale nie mogłem go teraz pocieszać, bo musiałem się kontrolować, by samemu nie wybuchnąć płaczem.
Hazza machnął ledwo ręką, jakby chciał powiedzieć „Nie ma sprawy, wyjdę przecież z tego i razem pójdziemy na piwo”. Podziwiałem go, naprawdę. Pomimo swojej choroby nadal pozostawał optymistą i chciał jak najlepiej przeżyć ostatnie chwile swojego życia.
Za każdym razem stawałem na wysokości zadania i spełniałem jego prośby. Dzięki niemu odważyłem się skoczyć ze spadochronem, polecieć do Egiptu, poopalać się na Lazurowym Wybrzeżu oraz pojechać na narty w Alpy. To były nasze najlepsze wspólnie spędzone chwile, których nigdy nie zapomnę.
Pilotem podniosłem mu zagłówek łóżka, dzięki czemu mógł teraz lepiej wszystkich widzieć. Liam, Niall usiedli koło jego nóg i zaczęli rozmawiać. Hazza co jakiś czas odpowiadał krótkimi zdaniami i pojedynczymi wyrazami, za co byłem z niego dumny.
Przez kilka ostatnich dni dużo milczał, jakby zbierając siły na dzisiejsze popołudnie. Było widać po jego twarzy, że jest wykończony ciągłą walką, ale uporczywie siedział i próbował rozmawiać.
- Przepraszam was bardzo, ale na chwilę muszę wyjść, uzgodnić jedną rzecz z pielęgniarką. Wrócę za kilka minut, dobrze? - ostatnie zdanie skierowałem do Hazzy, któremu odgarnąłem grzywkę z czoła, bo on sam nie miał na to wystarczająco dużo sił.
Kiwnął delikatnie głową, kiedy wstałem z mojego fotela. Wyszedłem, uśmiechając się fałszywie do dawnych przyjaciół i skierowałem się do dyżurki pielęgniarek. Wiedziałem, że Olivia jeszcze nie skończyła zmiany, a musiałem poprosić ją o przysługę.
Zapukałem lekko i wszedłem do środka. Na stoliku przy ścianie leżały gotowe pojemniczki z lekami dla wszystkich pacjentów. Największą ilość miał Harry, który zamiast tradycyjnych tabletek dostawał wszystkie antybiotyki i inne medyczne specyfiki dożylnie. Dzięki temu nie musiał zmuszać się do połykania, tak jak robił to w przypadku jedzenia.
- Hej Olivia. Jak dyżur? - spytałem siadając obok drobnej brunetki.
- Cześć Louis. - Uścisnęła mi rękę, którą jej podałem. - Dziękuję, w miarę spokojny. Co cię do mnie sprowadza?
- Harry ma gości, a ja czuję się jak intruz. Zresztą, chciałbym cię prosić o małą przysługę.
- Koledzy z zespołu? - Kiwnąłem głową. Oli wiedziała o całej sytuacji. Gdy Harry był w lepszym stanie, opowiedział jej swoją i naszą historię. – Rozumiem. Niech zgadnę, chcesz, żebym przy nim posiedziała, jak będziesz musiał ich odprowadzić, prawda? - znowu kiwnąłem głową. - Nie ma sprawy, Lou. Na mnie zawsze możesz liczyć. A jak on się czuje?
- Słabnie z godziny na godzinę. Gaśnie na moich oczach, a ja nic na to nie mogę poradzić, co jeszcze bardziej mnie dobija. Niby saturacja mu wzrosła, ale zaraz z powrotem zmalała. Czuję, że znowu balansujemy na granicy życia i śmierci. Boję się tego, że za kilka dni już go nie będzie.
- Lou, nie możesz tak myśleć. Trzeba być optymistą, tak jak on. Ale wiesz przecież, że to nieuniknione. Tak rozległego raka płuc nie da rady już wyleczyć żadnymi obecnymi sposobami.
- Wiem, Oli.
- Zmykaj do nich, bo zaraz zaczną się o ciebie martwić. - Klepnęła mnie przyjacielsko po ramieniu i z uśmiechem na ustach przegoniła mnie z dyżurki.
Podszedłem do dużego okna wychodzącego na park. Nie chciałem tam jeszcze wracać. Chciałem dać im trochę prywatności, żeby mogli pogadać między sobą w miarę normalnie. Przez ostatnie dwa lata bardzo się zmieniłem, ale raczej na dobre. Stałem się bardziej cierpliwy, dojrzalszy i opiekuńczy. Potrafiłem przez kilkanaście godzin nie odchodzić od Harry'ego, kiedy ten był w krytycznym stanie. Głaskałem go po wnętrzu dłoni i powtarzałem, że z tego wyjdzie. Zawsze pilnowałem, by w zimę ubierał się ciepło, żeby nie złapał żadnej infekcji, ani tym bardziej zapalenia płuc, co mogłoby być dla niego śmiertelne. Gotowałem zdrowe posiłki i chodziłem z nim na spacery, gdy tylko miał na nie ochotę. Byłem do jego dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku i odpowiadało mi to.
Nie mogłem go opuścić. Nie w takim momencie. Całą chorobę przechodziliśmy razem – od pierwszego ataku duszności, przez diagnozę, chemię, operację aż do dnia dzisiejszego. Byłem z nim związany już na wieczność.
Moje rozmyślania okraszone łzami przerwał stukot butów. Odwróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z Zaynem. Jak zawsze oczy miał lekko podkreślone kredką, a brązowe włosy idealnie ułożone.
- Powinniśmy porozmawiać, tylko we dwójkę. Znasz jakieś spokojne miejsce?
- Chodź za mną. - Przeszedłem przez długi korytarz i przywołałem windę. Wsiedliśmy w ciszy zjeżdżając piętro niżej.
Weszliśmy do małego baru, gdzie siedzieli sami lekarze. Skinąłem głową w stronę jednego z nich, który prowadził Harry'ego od samego początku.
Usiedliśmy przy dwuosobowym stoliku, kiedy Zayn zadał pierwsze pytanie.
- Jak się trzymasz z tym wszystkim?
Wzruszyłem ramionami i odparłem tonem wypranym z wszelkich emocji:
- Daję radę. Najgorszy był pierwszy miesiąc siedzenia tutaj, kiedy nic nie było wiadome. Teraz nie jest już tak źle.
- Czemu nic nam nie powiedziałeś, że nim jest aż tak źle? - spytał z wyrzutem, wpatrując się wprost w moje oczy.
- Jeśli ten stan określasz jako zły, to znaczy że naprawdę nie widziałeś go w krytycznym stanie. Dzisiaj jest w wyśmienitej formie, bo chociaż stara się z nami rozmawiać. Są takie dni, kiedy nawet nie powie ani jednej literki, bo zwyczajnie nie ma sił. Ponadto, w naprawdę, ale to naprawdę złym stanie był kilka razy, gdy oddychały za niego maszyny, a on po prostu umierał. Umierał na moich oczach, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. A wiesz, co było jego największym pragnieniem w tamtym czasie? Żeby was zobaczyć i się pożegnać. Po prostu pogadać tak, jak kiedyś. Ale was nie było.
- Przepraszam, jeśli cię uraziłem. Nie chciałem, naprawdę – odparł smutny.
- Nie ma sprawy. Co chcesz jeszcze wiedzieć? Odpowiem ci na wszystkie pytania, jakie będziesz miał.
- Czy wy... no wiesz, jesteście razem? - spytał speszony własną ciekawością.
- Nie. Po prostu żegnam się z nim tak za każdym razem, jakby miałby to być ten ostatni raz.
- Czemu to robisz? Czemu poświęciłeś wszystko?
- Zayn, Harry jest moim najlepszym przyjacielem. To z nim przeżyłem najlepsze chwile mojego życia. Z wami również, ale nasza super przyjaźń umarła śmiercią naturalną, tak jak i nasz zespół. Kiedy każdy z nas rozszedł się w swoją stronę wiedziałem, że to muszę być ja. Że to ja muszę z nim zostać i pomóc mu przejść przez ten trudny okres. Z perspektywy czasu nie żałuję żadnej decyzji, podjętej w tamtym okresie. Powiedz mi lepiej, co słychać u ciebie. - Zamoczyłem usta w gorącej kawie, rozkoszując się jej gorzkim smakiem.
- Niedługo zostanę ojcem. Perrie jest w ciąży.
- Gratuluję.
Nagle mój telefon zaczął dzwonić, a na wyświetlaczu pojawiło się nazwisko i zdjęcie Olivii.
- Lou, przyjdź szybko na górę, bo nie jest dobrze. Coś zaczyna się dziać, jakby odpływał.
- Zaraz będę – wyszeptałem i zakończyłem połączenie.
- Zayn – zwróciłem się do mulata – idziemy na górę. Coś nie tak z Harrym.
Pobiegliśmy schodami, wpadając zziajani na oddział. Po drodze spotkałem Oli, która niosła tackę z lekami na wieczorny obchód.
- Gdzie on jest? - krzyknąłem nadal biegnąc ile sił w płucach.
- Mark wziął go na szybkie badania. Wróci za kilka minut – powiedziała jak zawsze opanowana.
- Gdzie?
- Rentgen, siódme piętro.
- Dzięki – powiedziałem w locie i kazałem Malikowi biegnąć za mną.
Zayn usiadł razem z chłopakami, a ja wspiąłem się na najwyższe piętro budynku. Do pracowni rentgenowskiej dobiegłem akurat w chwili, gdy operator zamykał drzwi.
Zająłem jedno z plastikowych krzesełek i usiadłem załamany. Nie chciałem dopuszczać do siebie myśli, że to może być już koniec. Nie potrafiłem sobie wyobrazić mojego świata bez niego. To było takie... nierealne.
Po kilku minutach dwóch sanitariuszy wyprowadziło obszerne łóżko z najcenniejszą mi osobą. Leżał na środku, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Wpatrywał się tępo w sufit, nie ruszając nawet oczyma. Nachyliłem się nad nim i pocałowałem w czoło, budząc jakby z transu. Zielone tęczówki przeniósł na moje, z których znowu obficie spływały słone łzy.
- Lou, nie... nie płacz.
- Ciii... kochanie, nie mów nic. – Pogłaskałem go dłonią po policzku, na co uśmiechnął się lekko. - Jesteś zmęczony, musisz wypocząć.
Splotłem nasze palce i poszedłem razem z nim do windy dla pracowników. Wjechaliśmy na nasz oddział i ujrzałem wyraźnie zmartwionych chłopaków.
Weszliśmy do pokoju, nadal trzymając się za ręce. Chłopacy weszli za nami, patrząc się na nas uważnie. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła już dwudziesta, a więc za kilka minut pielęgniarki będą kazały im wyjść. Ja miałam ten przywilej, że mogłem siedzieć dzień i noc, co każdy z personelu akceptował.
- Przepraszam was chłopcy, ale Harry jest zmęczony. Musi odpocząć. A za kilka minut kończą się godziny odwiedzin. Jeśli chcecie, to możecie zanocować w naszym domu. Będziecie stąd mieli do niego jakieś osiem kilometrów.
- Ja chętnie skorzystam – Niall uśmiechnął się nieśmiało. - Oczywiście jeśli nie jest to problemem.
Wolną ręką sięgnąłem do torby, gdzie z bocznej kieszeni wyciągnąłem klucze do mieszkania. Wskazałem na każdy z nich i powiedziałem, do czego służą. Z kieszeni drugich jeansów wyjąłem dowód rejestracyjny i kluczyki do auta.
Chłopaków pozbyłem się chociaż na jakiś czas, który chciałem spędzić tylko z Hazzą. Objąłem jego kruchą dłoń i zacząłem się nią bawić.
Zdjął z ust maseczkę z tlenem i zaczął powoli mówić:
- Widziałem... widziałem was wszystkich. Te...teraz mo...mogę już o...odejść.
- Harry, nigdzie nie odejdziesz, jasne? Zostajesz przy mnie. Potrzebuję cię. Do jutra, mój aniołku – Pocałowałem go w czoło, jak zawsze na dobranoc i ulokowałem się w fotelu.
Nie wiem nawet, kiedy Harry usnął.
~ * ~
Obudził mnie głośny pisk aparatury. Odsunąłem się gwałtownie, patrząc z niedowierzaniem na monitor wskazujący pracę serca. Długa, prosta kreska. Nic więcej. I pisk. Przeraźliwie głośny pisk, oznaczający nadchodzącą śmierć.
- Harry, błagam! Nie! Nie rób mi tego! Potrzebuję cię! - zacząłem krzyczeć, odepchnięty przez lekarza na przeciwległą ścianę.
Poczułam, jak delikatne ręce Olivii obejmują moją twarz. Stała naprzeciwko mnie i wpatrywała się we mnie.
- Lou, Lou... Spokojnie. Oddychaj. - Na jej słowa wziąłem głęboki wdech, dusząc się jednocześnie łzami spływającymi po policzkach – Chodź stąd. Chodź, Lou.
Pociągnęła mnie za sobą na korytarz, gdzie usiadłem na podłodze i zatknąłem uszy. Nie chciałem słyszeć tych wszystkich komend wydawanych przez lekarzy. Pragnąłem, by coś zagłuszyło moje myśli.
Olivia usiadła obok i przytuliła mnie do siebie. Była taka krucha, zupełnie jak Harry. Jej ręce starczały tylko do połowy moich pleców, ale nie zwracałem na to uwagi. Liczyła się tylko obecność kogoś, kto potrafił mnie zrozumieć.
Naprzeciwko mnie stanął starszy doktor. Wstałem, ocierając dłońmi resztki łez. Spodziewałem się najgorszego.
- Panie Tomlinson, bardzo mi przykro, ale nie udało się nam uratować pańskiego przyjaciela. Szczere kondolencje.
Poczułem, jak moje serce łamie się na pół. Właśnie jedyny sens mojego istnienia odszedł na zawsze, a wraz z nim połowa mnie.
Mój świat się załamał.

~ * ~
Gram heroiny położyłem na dużej łyżce stołowej, w której była już woda i chwyciłem za zapalniczkę leżącą na stole. Podgrzałem ją i otrzymany „kompot” wciągnąłem do strzykawki.
Pasek od spodni zacisnąłem tuż nad łokciem, gdzie natychmiast pojawiły się mniejsze żyły. Wybrałem najgrubszą z nich i zbliżyłem ostrą igłę do skóry.
Pchnąłem delikatnie, acz stanowczo i nacisnąłem tłok. Mieszanka narkotyków poszła w krwiobieg, a ja poczułem, jak odpływam w wymarzony świat.
Ostatnim wspomnieniem przed śmiercią był dzisiejszy pogrzeb Harry'ego. Chwilę po nim udałem się do znajomego dilera i kupiłem narkotyk. Zadbałem dobrze o to, żeby przyjaciele znaleźli mnie zaraz po śmierci – za godzinę Zayn, Liam, Niall, Paul - nasz dawny manager i Simon mieli zjawić się na obiedzie, który stoi już gotowy na stole. A na jednym z krzesełek wokół stołu siedzę ja razem ze strzykawką w łokciu.
Moje życie nie miało już najmniejszego sensu. Chciałem zakończyć je raz na zawsze, by złączyć się z Harrym. Osunąłem się na zimną podłogę, zginając się w pół.
Jeszcze kilka minut, przyjacielu i będziemy razem. Na zawsze.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.ff1d.fora.pl Strona Główna -> Brudnopis / Proza Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin